11/16/2012

WSZYSTKO I NIC PART 1

Hej! Muszę przyznać, że nie bardzo wiedziałam, co tym razem opisać.
Przede wszystkim pragnę przeprosić za brak notek w ostatnim czasie. Przyczyną małego "zakurzenia się" bloga był brak jakichś bardziej interesujących wydarzeń. Nie działo się nic, o czym warto byłoby wspomnieć. Szkoła jak to szkoła - każdego dnia do niej przychodzimy, uczestniczymy w lekcjach i nadrabiamy polski materiał i gdzieś pomiędzy tym jemy lunch. Bywa, że uda nam się zorganizować warsztaty dla uczniów - wtedy gramy w różne gry. Nie jest to jednak cały nasz dzień, bo trwa to zaledwie część przerwy.
Jak już kilka razy wspominaliśmy, ciężko jest tutaj cokolwiek organizować, gdy wraca się do domu późnym popołudniem. I czasu brak, energii zresztą też... No nie jest łatwo. Ale w weekendy, oprócz odsypiania (sen jednak też jest niezbędny, wypada czasami naładować baterie), jeśli oczywiście dzieje się coś ciekawego, staramy się jak najlepiej wykorzystać czas wolny (pomimo nierzadkiego 'ciorania' już nosem o podłogę).
Trwające do najbliższej niedzieli ferie spożytkowałam na zwiedzanie okolicy, którą tak bardzo chciałam poznać. Wreszcie udało mi się zobaczyć to, na czym najbardziej mi zależało:)
Moje krótkie wakacje rozpoczął dwudniowy festiwal w Redon, z tym, że jego drugi dzień był o wiele ciekawszy. Lokalne przysmaki (takie jak pieczone kasztany, cydr, zupa z dyni, sok jabłkowy <koniecznie domowej roboty>, orzechy i jabłka w karmelu, chi-chi's <które bardzo polubiłam>,  naleśniki <galettes+crepes>, etc.), muzyka folkowa na żywo, tańce, śpiew, parady i rejsy łódek (które mają nawet swoje specjalne bretońskie żagle!) po rzece. Czyli w jednym zdaniu weekend bliżej kultury bretońskiej. Wszystko po bretońsku.
Tamtego dnia najbardziej zapali mi w pamięci ludzie - uśmiechnięci niezależnie od wieku czy nawet stanu pogody ("Deszcz? Och, u nas w Bretanii to norma. No ale co! Pięknie pada!"). Roześmiani, rozgadani, przyklaskujący grającym zespołom. Pełni życia. Wycałowani (tutaj każdy przynajmniej na dzień dobry musi rozdać jednej osobie po dwa buziaki w policzek) i bardzo rodzinni - dzieci z dziadkami, rodzice z dziećmi, dziadkowie z rodzicami, sąsiedzi z sąsiadami (większość traktuje się tutaj nawzajem jak rodzaj dalszej rodziny), dzieci z kuzynostwem - każda wersja dozwolona. Jeśli dobrze pamiętam to nie spotkałam się tutaj do tej pory z takim gatunkiem osób, a przynajmniej żeby było ich aż tak dużo. A jednak.
Niedziela na plus.

"parada" łódek + krowy

występ lokalnego bandu
                                     
chi chi's!

orzechy w karmelu, yummy




Następne kilka dni spędziłam w St. Malo. Pomimo niezbyt zadowalających prognoz pogody (zimno, deszcz, wiatr) okazało się być słonecznie podczas większości pobytu.
                         
                            
niby pusto i sucho, ale każdego wieczora plaża jest zalewana przez przypływy




:)



Na zdjęciach powyżej i poniżej widać tzw. intra-muros, czyli "miasto zamknięte w mieście". Dawniej mury służyły do obrony przed atakami korsarzy i okrętów wojennych, a później osłaniały część w czasie wojny. Znaczna większość zachowała się do dziś i stanowi ona wizytówkę miasta;)




basen tuż przy morzu (nie można im zarzucić, że nie wymieniają wody;) )

:))))


tutaj wszystko w podobnym klimacie - nawet urząd miasta!

St. Malo to dość duża miejscowość. Nie jest to jedynie to, co widać głównie na pocztówkach i zdjęciach w Internecie. A ja, mieszkając tam kilka dni i korzystając z okazji, jaka się nadarzyła, postanowiłam poznać to miasto jeszcze lepiej spacerując po innych jego częściach:

"parking"





Po kilku dniach w St. Malo postanowiłam zobaczyć wreszcie le Mont St. Michel, który jest symbolem północnej Francji... Masa ludzi, pogoda (na początku) nieciekawa, miliard wąskich uliczek (+ ta masa ludzi), ale mimo to duży klimat. Miejsce z pewnością warte ponownych odwiedzin. Kto wie, może któregoś dnia i bardziej "na spokojnie"?








A tak poza tym... POLSKO, DO ZOBACZENIA NIEDŁUGO!!!!!!! :)))
Bisous!

Aucun commentaire:

Enregistrer un commentaire