W zeszłą niedzielę moje korespondentki zabrały mnie na dużą imprezę (jedzenie, napoje, koncert, kabarety) organizowaną w Pipriac. Miałam wrażenie, że na festiwal zjechało się kilka wsi, ponieważ ludzi było od groma ;). Wszędzie porozstawiane były namioty, w których sprzedawano takie produkty regionalne jak wędzone mięsa, sery, pieczywo, alkohole, miody i konfitury, słodycze, mydełka i balsamy (najczęściej lawendowe, bo te były przywożone akurat z południa), a nawet lekarstwa sporządzane zgodnie ze starą, rodzinną recepturą...
Miło było "liznąć" nieco więcej bretońskiej kultury! Posłuchałam regionalnej muzyki granej na żywo, spróbowałam czekoladek wytwarzanych w pobliskim miasteczku La Gacilly (to te, w którym byliśmy na plenerowej wystawie zdjęć) oraz spotkałam kilka osób poznanych wcześniej na tygodniowym wyjeździe, który odbył się na przełomie maja i czerwca.
Poniżej wrzucam filmik i kilka zdjęć:
jedna z występujących grup
moi avec Solenn et Aurelie :)))
w przerwie wybrałyśmy się do domu, który Francuzi uznają za nawiedzony i podobno od jakichś dziesięciu lat jest niezamieszkany (albo ktoś w nim jest? od tego właśnie zaczynają się kolejne teorie)
A dzisiaj jestem po zakupach... Nogi obolałe, no ale cóż, warto było - w końcu to kolejny moment, w którym mogę pobyć z rodziną goszczącą :)
Z ostatniej chwili: mam dobry humor, więc uprzejmie proszę: niech nie stanie się nic takiego, co mogłoby przerwać tą passę...
Do następnego posta! Bisous!



Aaaa Marysia jadę tam do was <3 / kasia
RépondreSupprimer